Babiński: déjà vu

Po nieco ponad czterech latach ponownie zaostrza się sytuacja w Szpitalu Specjalistycznym im. dr. J. Babińskiego w Krakowie. Dyrektor decyzją o skrajnie rozbieżnych podwyżkach podzielił załogę. Dlaczego jedni otrzymają 1500 zł, a inni 100 zł? Sprawa "Babińskiego" powraca.

W 2009 r. przyszłość szpitala - zasłużonej krakowskiej placówki psychiatrycznej rysowała się niejasno. Problemy finansowe, brak pomysłów dyrekcji na przyszłość, plan sprzedaży szpitala, napięcia na linii dyrekcja - pracownicy, wynikające z braku chęci dialogu i porozumienia doprowadziły wówczas do protestów całej załogi, która m.in. poprzez niezliczoną ilość spotkań i negocjacji, pikiety, protesty, strajk okupacyjny, a wreszcie i protest głodowy, rzuciła wszystko na szalę, by szpital im.dr. J. Babińskiego ratować. Choć zarzewiem konfliktu było żądanie podwyżek dla najmniej zarabiających pracowników placówki, to z czasem wszyscy zdali sobie sprawę, że najważniejsze jest zapewnienie działalności szpitala. Nic więc dziwnego, że pojawienie się w 2012 r. nowego dyrektora - znanego i szanowanego w Małopolsce samorządowca Stanisława Kracika, wzmożone zainteresowanie władz województwa i nowe pomysły na funkcjonowanie szpitala, pracownicy przyjęli za dobrą monetę. Na tyle dobrą, że zapomnieli nawet na dwa lata o podwyżkach, uznając, że każdy musi dołożyć swoją cegiełkę w ratowaniu jednostki i wychodzeniu jej "na prostą". Kiedy we wrześniu 2012 r. pisaliśmy o zakończeniu trwającego ponad rok protestu, Ewa Jędrys ze szpitalnej "Solidarności" podkreślała, że pojawiła się w szpitalu dobra atmosfera, która zjednoczyła pracowników: "Jest inna atmosfera podczas spotkań z dyrektorem, jest otwartość, a przede wszystkim szpital pracuje normalnie. Na razie wygląda na to, że wszystko idzie w dobrym kierunku". Spór się zakończył, nadzieja wróciła, media zapomniały na jakiś czas o szpitalu.

Minęły ponad cztery lata i w roku stulecia istnienia szpitala napięcia ponownie wzrosły, a atmosfera w szpitalu ponownie zgęstniała. W dzień św. Walentego (nota bene patrona osób cierpiących na poważne choroby, w tym umysłowe i nerwowe) w sali teatralnej szpitala zgromadziło się ponad 150 spośród 930 pracowników szpitala. To sporo, bo większość wykonuje normalnie swoje obowiązki w tym w systemie zmianowym. Są wyraźnie wzburzeni: "Czujemy się oszukani!", "Nie damy się podzielić", "Też mamy prawo do godnych zarobków", "Bez nas szpitala by nie było" - padają głosy z sali.

Stówka na stulecie

Izabela Krzywoń ze Związku Zawodowego Pracowników przy Szpitalu Specjalistycznym wyjaśnia: "Po wielu bezowocnych spotkania dwustronnych, zwróciliśmy się w listopadzie 2016 r. do dyrekcji z prośbą, by po tylu latach zaciskania pasa wszyscy pracownicy otrzymali podwyżkę wynagrodzeń w kwocie 500 zł miesięcznie. Tymczasem na spotkaniu 5 stycznia br. dyrektor Kracik poinformował nas, że planuje dla pracowników podwyżki w kwocie od 100 do 300 zł na osobę". Związki zawodowe chciały, by wszyscy pracownicy odczuli podwyżki, a zwłaszcza osoby, które najmniej zarabiają. W szpitalu nie brakuje osób, których pensja oscyluje w granicach 1,6 - 1,8 tys. zł. Dla nich podwyżka o 500 zł miałaby olbrzymie znaczenie. Przedstawiciele pracowników proponowali zatem podpisanie protokołu rozbieżności, ale dyrektor Kracik na ich pisma nie odpowiedział, natomiast zaproponował znaczące podwyżki lekarzom (o 1,5 tys. zł miesięcznie) i psychologom (o 500 zł miesięcznie). Równocześnie dyrekcja przekazała na poszczególne oddziały listy z informacjami o propozycji podniesienia pensji o 100, 150, 200 i 300 zł w zależności od stopnia zaszeregowania, oczekując, że pracownicy zaakceptują te warunki. Z planowanych podwyżek zostały wyłączone jednak pielęgniarki. Mimo "zachęt" na listach podpisało się zaledwie 76 pracowników, a więc ok. 10% nieobjętej podwyżkami załogi."Czy dyrektor naprawdę tak bardzo nie szanuje naszej pracy, że daje nam piętnastokrotnie niższe podwyżki niż lekarzom?", "Atmosfera na oddziałach szpitalnych jest napięta. Tworzymy zespoły, które odpowiadają za pacjentów, a tymczasem nie jesteśmy równo traktowani i trudno o tym zapomnieć w trakcie codziennej pracy" - takie są opinie wśród załogi, która poczuła się oszukana.

Gdy było ciężko, to każdy czuł się na równi odpowiedzialny za szpital i był potrzebny, gdy jest lepiej okazuje się, że są równi i równiejsi. Dyrektor Kracik broni się, że musi zapewnić kadrę medyczną, by szpital mógł w ogóle funkcjonować. Można się z tym zgodzić. Trudno jednak zrozumieć tak skrajne dysproporcje w podwyżkach, jeszcze bardziej rozwarstwiające pensje załogi.Ta decyzja musi budzić poczucie niesprawiedliwości i braku szacunku.

Divide et impera

Pracownicy nie kryją również żalu, że sprytnym posunięciem dyrektor, któremu dawali przez kilka lat kredyt zaufania, podzielił załogę, wykopując kolejne rowy między lekarzami i psychologami, a pozostałymi pracownikami. Jak się bowiem mają czuć terapeuci, pedagodzy, pracownicy ds. utrzymania czystości, pracownicy administracyjni, techniczni, których pracę tak nisko się ocenia. Dyrektor Kracik twierdzi, że musi preferować lekarzy, bo oni ponoszą większą odpowiedzialność za pacjentów, niż reszta załogi. Co jednak będzie, gdy terapeuta źle wykona swoją pracę, pielęgniarka pomyli się przy podaniu leków, a pacjent zatruje się w trakcie pobytu w szpitalu a to wszystko wydarzy się w nieposprzątanych pomieszczeniach, wśród nienakarmionych pacjentów, na których nie ma pieniędzy, bo administracja źle zrobiła rozliczenia? Szpital to jeden organizm i rozczłonkowywanie go odbije się w oczywisty sposób na całokształcie funkcjonowania.

Mimo tej trudnej sytuacji pracownicy szukają porozumienia. Wystąpili do ministerstwa o mediacje - rozpoczną się one 21 lutego br. Wojciech Grzeszek, przewodniczący Małopolskiej "Solidarności" spotkał się także z pracownikami, zapewniając o wsparciu prawnym i merytorycznym. Szef związku zapowiedział, że zainteresuje sytuacją w szpitalu również władze województwa i Małopolską Radę Dialogu Społecznego. Wspierane przez przedstawicieli struktur wojewódzkich są również dwa pozostałe związki, tj. pielęgniarek i pracowników.

Obaw jest sporo. Jeśli sprawdzą się wstępne wyliczenia, to znacząca większość kwoty na planowane w 2017 r. podwyżki została już rozdysponowana wśród 20% załogi. Co zostanie pozostałym? Najważniejszym pytaniem jest jednak, w jaki sposób dyrekcja doprowadzi, by pracownicy znowu poczuli się potrzebni i szanowani? Historia się powtarza...

Adam Gliksman